Przejście dla pieszych w teorii ma zapewnić bezpieczeństwo przechodniom. Co sprawia, że teoria mija się z praktyką? Jak poprawić bezpieczeństwo?

Zacznijmy od tego, że temat jest trudny i zawsze wzbudza wiele emocji. Ostatnio przeczytałem o kolejnych ofiarach śmiertelnych w wyniku potrącenia na pasach, dlatego postanowiłem wtrącić swoje dwa słowa do całej dyskusji. Przy takich newsach w komentarzach zawsze wrze, a dyskusję przepełnia charakterystyczny dla tego typu spraw jad nienawiści i wzajemne przerzucanie się winą między kierowcami a pieszymi. Według mnie każdy wypadek, do którego dochodzi z udziałem pieszych, jest trochę jak katastrofa, np. lotnicza. Mam na myśli to, że musi wystąpić kilka czynników, aby do takiego zdarzenia doszło.

Po pierwsze nieświadomość zagrożenia i lekkomyślność pieszego

Pieszy nie dysponuje ochroną bierną ani pasywną jak podróżujący w samochodzie. W trakcie zderzenia z jego ubrania nie zostanie wyzwolona poduszka bezpieczeństwa, a specjalny system nie ostrzeże go o możliwości uderzenia przez samochód. W końcu gdy dojdzie do zderzenia, nie otacza go stalowa klatka bezpieczeństwa jak w przypadku kierowcy samochodu. Stąd też przy odrobinie szczęścia zderzenie z pojazdem kołowym skończy się na paru siniakach czy złamaniach. Niestety trzeba naprawdę niewiele, by w parę sekund zakończyć życie lub przekreślić pełną sprawność człowieka.

Trudno zrozumieć, czemu niektórzy beztrosko wchodzą na przejście ze słuchawkami na uszach czy smartfonem w ręku, nie rozglądając się specjalnie. Przecież to czyste szaleństwo. Notabene, na ulicy czasem zdrowy rozsądek i zaufanie do innych uczestników ruchu to za mało. Uwierzcie mi, że nawet przechodząc przez drogę jednokierunkową warto rozejrzeć się również w drugą stronę. Teoretycznie żaden samochód nie powinien poruszać się pod prąd, praktyka jednak może zadziwić i zaszokować. Blisko mojej pracy znajduje się taka ulica jednokierunkowa. W pogoni za skróceniem czasu podróży bardzo często któryś z kierowców decyduje się pojechać pod prąd. Przeważnie jedzie szybko, aby zdążyć wrócić na prawidłowy pas ruchu w miejscu, gdzie te łączą się ze sobą. Grozy całej sytuacji dodaje fakt, że na trasie tego wyścigu pod prąd znajduje się przejście dla pieszych. Uwierzcie mi, rzadko który pieszy sprawdza, czy coś nie nadjeżdża z przeciwnego kierunku jazdy.

Inny przykład: dwa pasy ruchu w tym samym kierunku. Tu dochodzi do kolejnej sytuacji, która w teorii nie powinna się zdarzyć. Teraz czysto z mojego doświadczenia. Zbliżam się do przejścia dla pieszych. Samochód na pasie drogi bliżej mnie zatrzymuje się przed zebrą. Ruszam do przodu, wchodzę na jezdnię. Tuż za przejściem czeka już moje ciepłe biuro i poranna kawa. Nic tylko jak najszybciej się tam zaszyć. Niestety pasem obok pędzi mistrz kierownicy oślepionym zielonym światłem sygnalizatora najbliższego skrzyżowania. Zrobi wszystko, żeby tylko zdążyć na zielone. Nieważne, że na pasie obok ktoś właśnie przepuszcza pieszego. Chyba nie muszę mówić, co by się stało, gdybym nie zatrzymał się i nie sprawdził, czy mogę bezpiecznie przejść przez drugi pas jezdni.

Tego typu przykłady można mnożyć i podawać jeden za drugim. Morał jest bardzo prosty. Pieszy musi uważać na każdym kroku, nigdy nie wkraczać na jezdnię bez wcześniejszego zastanowienia się. Nawet będąc już na zebrze, nie wyłączać czujności. Samo przebywanie na pasach nie gwarantuje bezpieczeństwa i nietykalności. Tak, jak kierowcy w ruchu ulicznym, tak też piesi muszą zachować zasadę ograniczonego zaufania. Tym bardziej, że pozostały do omówienia dwa pozostałe czynniki, które niekoniecznie czynią z przejścia dla pieszych najbezpieczniejsze miejsce.

Po drugie wielu kierowców widzi na drodze tylko czubek własnej maski

Obserwując zachowanie kierowców na polskich drogach, niepokojąco często dochodzę do pewnej konkluzji. Otóż mam wrażenie, że jakiś wewnętrzny głos w ich głowach mówi „nie hamuj”, „pędź przed siebie”, „zaoszczędź te parę minut podróży”. Liczy się tylko pedał przyspieszenia. Najlepiej wyhamować dopiero u celu podróży.

Wiadomo, że pierwszeństwo przed pieszym na drodze ma auto. Jednak po to ktoś wymyślił przejście dla pieszych, by dać przechodniom możliwość bezpiecznego przemieszczenia się na drugą stronę jezdni. Nie trzeba znać prawa o ruchu drogowym, aby domyśleć się, że człowiek, który już znajduje się na pasach, ma pierwszeństwo. Dajmy mu możliwość przejścia w bezpieczny sposób. Naprawdę, za zatrzymanie pojazdu nikomu nie spadnie korona z głowy.

Skoro pojazd jadący pasem obok lub nadjeżdżający z naprzeciwka zatrzymuje się, ustępuje pierwszeństwa pieszemu, więc należy zrobić to samo. Kierowca musi być rozeznany w sytuacji na drodze. Samochód zatrzymany na pasie obok i oczekujący w korku być może tylko czeka w sznurze samochodów. Jednak w każdej chwili zza niego może wyjść pieszy. Osoba nieopodal przejścia może wkroczyć na nie bez sprawdzenia, czy jest to w ogóle możliwe. Czasem warto o tym pomyśleć. Jeśli pieszy nie da sobie szansy na bezpieczne przejście przez pasy, tylko kierowca może mu to bezpieczeństwo zapewnić.

Po trzecie bubel prawny i braki w infrastrukturze

„Kierujący pojazdem, zbliżając się do przejścia dla pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustąpić pierwszeństwa pieszemu znajdującemu się na przejściu” – tak obowiązki kierowcy określa art. 26 ustawy Prawo o ruchu drogowym. Okej, niby wszystko fajnie. Ustępujemy pierwszeństwa pieszemu, który już jest na przejściu dla pieszych. Przecież nikt gościa nie rozjedzie, jak ten jest na przejściu. To rozumie się samo przez się i nie potrzeba tworzenia do tego żadnych praw. Moim zdaniem w kodeksie brakuje podejścia od dawna praktykowanego w wielu krajach Europy: pieszy znajdujący się w okolicy pasów i mający zamiar wkroczenia na nie, ma pierwszeństwo. Miło byłoby, jakby taki przepis funkcjonował również w Polsce. Oczywiście po jego wprowadzeniu musiałoby nastąpić przestawienie o 180 stopni mentalności kierowców i pieszych. Jednak czy nie byłoby wtedy nie tylko bezpieczniej, ale i uprzejmiej na drodze?

Czasem przejścia są czarno-białe, innym razem mienią się na czerwono-biało. Kolorowe pasy na nawierzchni to za mało, potrzeba dodatkowego oświetlenia. Kierowca po zmroku często ma problem z dostrzeżeniem pieszego znajdującego się na lub w obrębie zebry. I to nawet w terenie zabudowanym. W mojej okolicy nie tak dawno doszło do następującego przypadku. Przejście dla pieszych na najbardziej ruchliwej ulicy, droga krajowa przebiegająca przez całe miasto. W niedługim odstępie czasu dochodzi do dwóch potrąceń na tym samym przejściu dla pieszych. Za parę tygodni tragedia, człowiek ginie pod kołami samochodu na środku zebry. Dosłownie po chwili pojawia się projekt, który jest błyskawicznie realizowany. Na przejściu powstaje oświetlenie. Mocne lampy ledowe bardzo dokładnie oświetlają samo przejście i teren dookoła. Szkoda, że nikt nie wpadł na to, zanim doszło do śmiertelnego wypadku. Na całe szczęście w tym samym mieście porządne oświetlenie montuje się na coraz większej liczbie przejść.

Idźmy dalej, zmniejszmy prędkość pojazdów poruszających się przed i na przejściu dla pieszych. Coraz częściej spotykamy zebry umieszczone na progu zwalniającym. Czasem przed przejściami stoją fotoradary, jednak próg zwalniający jest moim zdaniem najbardziej skuteczny. Podczas moich podróży po Europie trafiłem na świetny tego przykład w Finlandii. Nie potrzeba od razu tworzyć wielkiego garba na całą szerokość przejścia. Nie ma potrzeby wydawania pieniędzy na kolejny fotoradar. Po prostu przed przejściem w każdym z obu kierunków jazdy Finowie umieścili mały próg zwalniający. Pojazdy redukują prędkość, piesi mogą bezpiecznie przejść na drugą stronę. Prosto i bezpiecznie, bierzmy przykład!

Oczywiście w Finlandii panuje inna kultura w ruchu drogowym niż u nas. Jednak w takim Meksyku, gdzie – uwierzcie mi – kultura jazdy jest jeszcze gorsza niż w Polsce, też radzą sobie z ochroną pieszych. Generalnie jest to kraj, który kocha progi zwalniające i montuje je nawet na autostradach. Tam wiele przejść dla pieszych jest zbudowanych na potężnych garbach lub są one otoczone progami zwalniającymi. Tak jak wspomniałem, meksykańscy kierowcy niekoniecznie znają pojęcie „bezpiecznej jazdy”. Jednak gdy przejście jest zbudowane na podwyższeniu lub otoczono je progami zwalniającymi, to nie ma wyboru, trzeba zwolnić.

Oczywiście nie może zabraknąć wzmianki o sygnalizacji świetlnej. Zatrzymanie ruchu pojazdów i zezwolenie w tym momencie na ruch pieszych po jezdni jest sytuacją idealną. Wiadomo, że nie we wszystkich miejscach można zastosować takie rozwiązanie. Jednak nawet kiedy nie można pozwolić sobie na cykliczne zatrzymywanie ruchu, wystarczy stworzyć zielone dla przechodniów „na żądanie”. Mam na myśli przycisk, który zatrzyma na chwilę ruch pojazdów i umożliwi przejście pieszym. Jest to bardzo dobre rozwiązanie w przypadku ulic o dużym natężeniu ruch, w miejscach znacznie oddalonych od skrzyżowań z sygnalizacją świetlną.

Przykład poprawnego oświetlenia przejścia dla pieszych (fot. „Głos Wielkopolski”)
Naciśnij, aby bezpiecznie przejść na drugą stronę (fot. Motofakty)
Przejście dla pieszych połączone z progiem zwalniającym (fot. zm.org.pl)
Jaskrawe kolory, próg zwalniający – tak to robią w Meksyku.
Ponownie Meksyk – spowalniacze przed przejściem.

Zacznijmy od siebie samych

Oczywiście można zrzucać winę na źle skonstruowane prawo. Możemy wieszać psy na niedostatecznej infrastrukturze dookoła przejść dla pieszych. Kierowcy mogą obarczać winą wymuszających pierwszeństwo pieszych. Ci drudzy z kolei mogą zrzucać odpowiedzialność na pędzących przed siebie zmotoryzowanych uczestników ruchu.

Koniec końców najważniejsze dla zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom ruchu drogowego jest wzajemne poszanowanie się i daleko idąca ostrożność. Jeśli kierowcy będą mieli na uwadze pieszych i odwrotnie, a wszyscy zachowają zasadę ograniczonego zaufania, to nawet przy niewystarczającej infrastrukturze ulicznej będziemy w stanie ograniczyć liczbę potrąceń i wypadki śmiertelne na przejściach dla pieszych.

Komentarze