Mitsubishi to marka stosunkowo niszowa na polskim rynku. Nie jest to pierwszy wybór dla statystycznego użytkownika polskich dróg. Skąd się to bierze? Czy są to samochody mniej dopracowane, a może zbyt klasyczne, jak na drugą dekadę XXI wieku? 

Mitsubishi przekazało nam do testów dwa modele, które pod względem silnikowym są identyczne. Jednakże pod względem warunków jezdnych, są to dwa całkowicie różne samochody.

Outlander to legenda motoryzacyjna. Samochód sprawdzony w terenie, zaprawiony w bojach i owiany chwałą. Czy dalej jest bezawaryjnym, wygodnym połykaczem kilometrów?

Tak! Testowany Outlander to 7-osobowy SUV z napędem na cztery koła. Niby jest to dość popularny aktualnie segment, lecz można powiedzieć, iż Mitsubishi było w nim prekursorem. Testowane Mitsu napędzane było 2 litrowym wolnossącym silnikiem benzynowym, generującym raptem 150 koni. W dzisiejszych czasach nie jest to wartość astronomiczna, gdyż z silników o takiej pojemności, można wykrzesać i ponad 300 koni. Jednakże Mitsubishi nie idzie w kierunku koni, a kultury i wrażeń z jazdy.
Na wstępie warto powiedzieć, nie jest to demon prędkości, jak i wielce oszczędny samochód. Pierwsza setka w testowanym egzemplarzu pojawiała się po ponad 12 sekundach, co zdecydowanie nie jest topowym osiągnięciem. Spalanie, podobnie jak przyśpieszenie, na trasie (autostrada) również wynosiło 12, tyle że litrów na 100 kilometrów. Outlander jest masywnym kawałem samochodu, stąd wyniki są zrozumiałe. W mieście samochód spalał już na szczęście mniej, bo 9 litrów.

Jak wcześniej wspomniałem, za przeniesienie napędu w Outlanderze odpowiadała skrzynia CVT, o 6 wirtualnych przełożeniach. Obawiałem się, że jak to z CVT bywa, skrzynia będzie wyła. Nic bardziej mylnego! 2 litrowa jednostka, nawet zmuszona do pracy na wysokich obrotach, nie dostarczała nieprzyjemnego dźwięku do kabiny. Oczywiście, charakterystyka pracy była zdecydowanie inna, niż w przypadku klasycznych skrzyń automatycznych, ale nie była to w żaden sposób bolączka. Układ jezdny to za to całkowicie inna historia. Kiedy po raz pierwszy wsiadłem do Outlandera, poczułem się dziwnie… W pierwszej chwili precyzja układu zdawała się daleka od tej, którą znamy z nowoczesnych samochodów. Jednakże po przejechaniu pierwszego 1000 kilometrów, muszę stwierdzić, że byłem w błędzie. Układ jest nieziemsko precyzyjny, a pewność prowadzenia jest wyższa, niż w większości europejskich marek.

 

Wykonanie samochodu stoi na naprawdę wysokim poziomie! Elementy kokpitu nie są wyścielone najmiększą skórą, ale nic nie trzeszczy i nie kłuje w oczy, palce, czy inne części ciała. Fotele są fenomenalnie wyprofilowane, nie są za krótkie, jak w przypadku innej japońskiej marki; jazda na nich to przyjemność. Oczywiście fotele są podgrzewane i elektrycznie sterowane w dwóch płaszczyznach. Podparcie odcinka lędźwiowego, niestety jest trochę za krótkie. Tylna kanapa, jak i cały drugi rząd są poprawne. Nie ma tutaj fajerwerków, trzeciej strefy klimatyzacji, czy innych atrakcji, wręcz panuje tam surowość. Trzeci rząd to już niestety inna historia. Osobie dorosłej nie polecam tam siedzieć: miejsca nad głową jest zdecydowanie wystarczająco, ale już miejsca na nogi niestety brak… Jako miejsce awaryjne lub dla małego dziecka – jak najbardziej.

Jako że jest to rodzinny SUV, należałoby wspomnieć o bagażniku. Ten jest przepastny i niezwykle ustawny. Idąc od tyłu, klapa jest sterowana elektrycznie, niestety otwiera się wolno… Pojemność bagażnika ze złożonym trzecim rzędem siedzeń wynosi 477 litrów, co w klasie może nie jest rekordowym wynikiem, ale… przynajmniej kształtem rekompensuje. Jest to prawie idealny prostopadłościan, więc niewiele powierzchni tracimy, przy umiejętnym pakowaniu bagaży.

Outlander to nie jest SUV dla każdego, nie rekomendowałbym go na samochód dla młodego ducha, co chce być pierwszy na światłach, zaś dla osoby, która chce komfortowo, bezpiecznie i sprawnie dojechać z punktu A do B. Stylistyka to kwestia gustu, jednakże mi przypadła ona do gustu. Jest inna, mniej tuzinkowa niż paintowe kopiuj-wklej u europejskich konkurentów.

Czytaj dalej…

Komentarze