„Nowa Vectra, poczuj przypływ energii” – takim hasłem reklamowym w Polsce promowany był w 1999 roku Opel Vectra B. Z perspektywy prawie 20 lat, które minęły od debiutu tego modelu przytoczone wyżej słowa wydają się brzmieć dość zabawnie. Ale czy na pewno?

Cztery lata badań i projektów koncepcyjnych, ponad 2,5 miliarda marek wydanych na dopracowanie kolejnej generacji mającej zastąpić mocno wysłużoną Vectrę A. Wszystkie poniesione nakłady nie zostały zmarnowane, stworzono całkowicie nowe, oparte o najnowsze rozwiązania technologiczne auto. Opływowa linia nadwozia z charakterystycznym połączeniem maski z lusterkami bocznymi (pieszczotliwe nazywane przez użytkowników „uszami Shreka”) mogły się podobać. Auto szokowało niespotykanym w tej klasie samochodów komfortem, wyglądem oraz nowymi systemami bezpieczeństwa, które dostępne były już w standardzie takimi jak ESP, ABS czy dwie poduszki powietrze z możliwością dokupienia kurtyn bocznych w fotelach. Bogata gama silnikowa oraz możliwość doposażenia Vectry w kolorową nawigację, dwustrefowy climatronic czy skórzane sportowe fotele pozwalały jej konkurować z samochodami Audi czy VW i to niejednokrotnie przewyższając je w bezpośrednich porównaniach. Opel Vectra B był nowością, która idealnie wpisała się w wymagania, jakie były stawiane przez polskich kierowców wobec samochodów i to właśnie dzięki Vectrze oraz Astrze II, marka ta zyskała ogromną popularność w naszym kraju. Oprócz podstawowych wersji Vectry dostępne były limitowane wersje sportowe sygnowane i przygotowane przez firmę Irmsher. Muskularne zderzaki, dodatkowe spoilery, obniżone zawieszenie, a to wszystko uwieńczone wisienką w postaci 2,5 litrowego wolnossącego 6 cylindrowego silnika o mocy 195 koni mechanicznych. Te wszystkie cechy powodowały szybsze bicie serca u każdego, kto miał okazję przejechać się Vectrą i500. Oczywiście to tylko skrócony zarys i aby opisać dokładnie każdą dostępną wersję Vectry musiałbym rozpisać się na przynajmniej kilkadziesiąt stron, a nie to jest tematem tego artykułu.

W 2008 roku General Motors zaprezentowało kolejnego sedana, Insignię. Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten samochód na naszych drogach. Pomyślałem wtedy, że Opel dalej potrafi wywołać zachwyt zarówno wśród fanów marki, jak i w gronie posiadaczy samochodów innych koncernów. Po raz kolejny udało im się stworzyć niebanalnie wyglądającą bryłę, która na dobre wpisywała się w Polski krajobraz podobnie, jak 19 lat temu zrobiła to Vectra. Mógłbym zdublować tutaj cechy, które wcześniej wymieniłem – komfort, osiągi, bogata gama silników, ogromna możliwość konfigurowania wyposażenia. To wszystko już znamy. Ponownie powstała usportowiona wersja, czyli Insignia OPC zaprezentowana w 2009 roku, mogła pochwalić się mocą 325 koni mechanicznych krzesanych z doładowanego, 6 cylindrowego silnika znanego jeszcze z Vectry C. Wszystko wydawało się piękne, Opel przecież kontynuował dobrą tradycję, jednak przyszedł czas na pierwszy lifting – i początkowy zachwyt powoli zanikał. Oprócz paru dodatków, frontu czy lamp nie zmieniło się kompletnie nic. Ale do tego Opel zdążył nas już przyzwyczaić, przecież lifting Vectry polegał z grubsza na tym samym. W 2016 roku w mediach oraz wśród użytkowników znowu zawrzało. GM ogłosiło premierę całkowicie nowej Insignii, a na dodatek atmosferę podgrzewała informacja o powrocie marki do legendy GSI (starsi czytelnicy na pewno pamiętają Kadety, Corsy B czy Astry F w sportowej wersji GSI, które obowiązkowo musiały wisieć na plakatach w każdym szanującym się warsztacie samochodowym w późnych latach 80 i wczesnych 90).

Przyszedł 2017 rok, zaprezentowano teoretycznie nową i futurystyczną, tworzoną wedle hasła „drażnimy klasę wyższą” Insignię. Z wielką nadzieją przyszło równie wielkie rozczarowanie. Samochód przestał totalnie wyróżniać się z tłumu, wpisał się w obecnie trwający trend robienia samochodów na „jedno kopyto”. Mam tutaj na myśli agresywną linię nadwozia, która płynnie przechodzi w masywny grill zamknięty pomiędzy paskami świateł LED do jazdy dziennej. Sami przyznacie, gdzieś już to widzieliście, prawda? Samochód stał się do bólu poprawny, przestał wywoływać jakiekolwiek emocje. Czytając opinie użytkowników niejednokrotnie ich samochód mylony jest na przykład z nową Mazdą 6 czy Volkswagenem Passatem. I tutaj pojawia się dylemat czy takie pomyłki są wadą czy zaletą nowej Insignii. Marka straciła swoją indywidualność, ale z drugiej strony bycie przyrównywanym do najlepszych powinno być odbierane w ramach komplementu. Jeszcze większe rozczarowanie przyniosła zaprezentowana parę miesięcy temu odmiana GSI, która miała być totalnym powrotem do sportowych korzeni marki. Okazało się jednak, że z korzeniami ma ona niewiele wspólnego. Dopłacając do wersji GSI dostajemy większe koła, pakiet stylistyczny i mniej wygodne sportowe fotele oraz parę emblematów. Silnik pozostaje ten sam co w najmocniejszej wersji standardowej Insignii, czyli doładowany 4 cylindrowy silnik benzynowy o mocy 260 koni mechanicznych. Wersje GSI, lata temu charakteryzowały się właśnie zupełnie innymi, podkręconymi silnikami o znakomitych osiągach. Nie próbuje zarzucić nowemu Oplowi bycia ospałym, bo silnik ten daje sobie w zupełności radę, jednak gdzieś w tym wszystkim zaginął cały charakter marki oraz temperament sportowych odmian.

Opel, w którymś momencie pobłądził i poszedł w złym kierunku. Śmiało i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że poczciwa prawie 20-letnia Vectra B wywołuje u mnie zdecydowanie więcej emocji i zachwytu niż dużo młodsza i nowocześniejsza pozbawiona motoryzacyjnego ducha Insignia.

Komentarze